zapowiedź: By Kilian – Asian Tales

Styczeń 25th, 2012

Marka By Kilian do perfekcji opanowała sztukę tworzenia pięknych flakonów, zamykania je w piękne szkatułki, a w nich – usidlania pięknych, choć diablesko mocnych zapachów. Moja fascynacja, jak niemożliwe do opanowania tornado, przetoczyła się nad każdą ich kompozycją, skutkując w jednym do tej pory flakonie [spoczywającym na co dzień w wyściełanej szkatułce, którą po bożemu zamykam na kluczyk]. To się może zmienić.

Pojawiły się bowiem pierwsze informacje i zdjęcia nowej linii Kiliana: Asian Tales.


Przepiękne!

Mam nadzieję, że zapachy dorównają flakonom; zapowiada się że będzie to dość lekka i nie-kilianowo-zawiesista seria, więc trochę się niepokoję. Z drugiej strony, za większością zapachów Kiliana [w tym cudne Love,  Back to Black i Rose Oud] stoi Calice Becker, która również w tej serii będzie miała swój udział; więc liczę że utrzyma formę. Pierwszy zapach – Water Caligraphy – należy do niej…

Zapowiadany skład Water Caligraphy:
nuty głowy: grejpfrut, kwiat wiśni, lilia wodna
nuty serca: magnolia, jaśmin sambac
nuty bazy: kardamon, wetiwer

 

Nazwy i premiery pozostałych kompozycji:
Harmony of Bamboo [2012]
The Peony Pavillion [2013]
The Peach Flowers Water Source [2014]
The Lotus Flower and the King Dragon [2015]

Z miejsca zachwyciła mnie ostatnia nazwa, na której sprawdzenie trochę sobie poczekam… Ale takie już moje szczęście. Zawsze, cokolwiek mi się nie spodoba, albo jest najdroższe albo niedostępne. C`est la vie!

 

Zdjęcie pochodzi z serwisu www.fragrantica.com

kiedy dom też chce pachnieć

Styczeń 22nd, 2012

Żeby nie było zbyt dużego zawodu, zapowiadam że chodzi za mną 1872 Clive’a Christiana. Więc recenzja już wkrótce.
Dzisiaj natomiast będzie okołoperfumowo. Oczywiście, z przydługim wstępem, bo jak wspominałam nie potrafię pisać tylko na temat ;]

Uwaga, zaczynam wstęp.
Raz na jakiś czas pojawiają się grzmiące artykuły o zgubnych skutkach braku umiaru w naszej szarej, człowieczej egzystencji. Za dużo solimy, za dużo obowiązków bierzemy na swoje barki, za dużo czasu spędzamy przed komputerem, żyjemy za głośnio i za szybko, otaczamy się zbyt wieloma zbędnymi rzeczami, za bardzo zagłuszamy nasze podstawowe potrzeby i ogólnie przeginamy pod każdym aspektem. I te zapachy! Zgroza. Toż to dawno przekroczyło zdrowy rozsądek i podstawowe potrzeby higieny codziennej. Perfumy, odświeżacze do powietrza, spray’e do ubrań, perfumowane płyny do prania, aromatyzowane potrawy i napoje… A alergia rośnie.
Jest w tym trochę prawdy, ale – do diabła! Bunt na pokładzie! To już pewnie wypaczenie, ale u mnie wszystko musi pachnieć. I to ładnie, tak jak ja chcę. Szafy, ubrania, pościel, sąsiedzi oops, wróć… O czym to pisałam?


Zapachy do pomieszczeń.

Kusi mnie, żeby rzucić się w temat-rzekę kadzideł i żywic kadzidlanych, ale to już wyższe stadium wtajemniczenia, a chciałam zacząć od czegoś prostego, przyjemnego i – nie wymagającego spalania; bo sama nie czuję się do końca komfortowo, kopcąc coś w mieszkaniu.

Przerabiałam już wiele wynalazków. Suszyłam lawendę, kupowałam pachnące saszetki, woski do kominków, papierki do spalania, kadzidełka; ale wszystko to albo szybko wietrzało, albo wręcz przeciwnie, było nie do oddychania mocne. Kiedyś szykując artykuł o ambrze, wpadłam na dziwne ambrowo-woskowe kostki „z Maroka”. Olałam sprawę, bo potrzebne mi były reprezentatywne zdjęcia naturalnych bryłek ambry szarej; ale niedawno wpadłam na nie ponownie. Przeznaczenie. Skoro już wpadłam, to zamówiłam, a ponieważ nie potrafię podejmować decyzji ‘albo albo’, zamówiłam ambrową, kadzidlaną i piżmową, hurtem.

I żałuję, że nie wzięłam jeszcze sandałowej. Naprawdę.


Kostki są mieszaniną wosku pszczelego i olejków zapachowych. Wyglądają trochę jak zleżałe mydełka krawieckie, są dość tłuste i kruche, ale nie plamią materiałów [trzymam je w woreczkach] i nie brudzą ich nadmiernie. A zapach… Marzenie. Intensywny, słodki, ciepły i rozgrzewający, genialnie roznosi się w pomieszczeniu [lub w szafie] i wprowadza błogi, przytulny klimat.
Ambrowa kostka ma najbardziej charakterystyczny, korzenny zapach; kadzidlana i piżmowa mogą się już mylić – użyte w nich olejki kojarzą mi się jednoznacznie ze sklepami indyjskimi, a więc słodkimi kadzidełkami i aromatyzowanym drewnem. Ale wszystkie są piękne. Polecam, bo nie kosztują wiele [można kupić na Allegro lub w sklepach internetowych], a to najlepsze, najtańsze i najwygodniejsze rozwiązanie zapachu do domu, jakie do tej pory spotkałam.

 

Pierwsze zdjęcie pochodzi z portalu www.girvin.com
Drugie z www.etnobazar.pl

Parfumerie Generale: Aomassaï

Styczeń 9th, 2012

Zaczęło się niewinnie: postanowiłam coś zmienić. Wywalić połowę flakonów ze zbioru, niedobitki poprzestawiać w szafce, znaleźć coś nowego… Jako że nie należę do osób w jakikolwiek sposób ‘umiarowych’, wszystko poszło lawinowo. Lubię zmiany.

Lubię też, jak coś za mną chodzi. Czasem budzę się rano z nazwą perfum w głowie i wiem, że póki nie zdobędę – nie zaznam spokoju. Tym razem od tygodnia ponad chodziło za mną Parfumerie Generale. Wiedziałam, że skończy się na flakonie. Wizyta w perfumerii zaowocowała lekką wścieklizną, bo albo coś „już gdzieś kiedyś było” [Bois Blonds, Coze] albo czegoś zwyczajnie na mnie NIE BYŁO [Cadjmere, jak mogłeś?]. Aż nagle – nokaut.

Aomassai.

Jest.
Dziwny.
Nieznośny.
Zmienny do szaleństwa.
W mojej szafce, bo musiałam go mieć.

W pozostałych zapachach PG irytowało mnie to, że – owszem, były naprawdę świetne, o ile [tu znaczące spojrzenie na Cadjmere] je na sobie czułam – już te akordy znałam, z innych kompozycji, z zapachów które mam. Aomassai natomiast wymyka się wszelkim próbom postawienia go obok innego zapachu. Nie i już. Nonkonformista się znalazł. Na dodatek niezdecydowany, bo sam nie wie czy ma być ładny czy brzydki.

Otwarcie… no, jest. Nie do przeoczenia. Tak przytłaczająco słodkie i chemiczne, że aż odrażające. Sztucznie barwione cukierki pudrowe, bardzo stary syrop do bardzo tłustych naleśników… bogowie, idę po herbatę, bo zemdlę.
Już z herbatą, kontynuuję. Jest słodko, oblepiająco, aż gorzko, drapie w gardło i wystawia uwielbienie do słodyczy na ciężką próbę. A jednak trwam w tym masochistycznym stanie, bo od samego początku, od pierwszego mordu na moich zmysłach – pod warstwą zakurzonego słodu jest to coś. Zapowiedź geniuszu: tętniące nuty drewna i oleistych przypraw, które sukcesywnie zaczynają pojawiać się na trzecim, drugim i w końcu pierwszym planie. Wenge, wreszcie wenge tak piękne jak u Donny Karan! Jest lukrecja, którą kocham w Mechant Loup i której pożądałam w wersji słodszej-ale-nie-loliciej! Jaki piękny, dosłowny karmel, słodko-słony, zestalony, szklisty! Niekończący się zachwyt, niekończący karnawał nut, które mienią się, wiją, przenikają.
Czytałam mnóstwo recenzji tego zapachu, ale ŻADNA go nie oddaje w pełni, z żadną bym się nie mogła zgodzić. Aomassai jest genialny; w swoim przepychu i przesadzie, niemożliwym połączeniu składników, skłonności do popadania w irytujące skrajności. Jest teatralny i nieokrzesany, krzykliwy i tandetny, przez co z jednej strony wywołuje lekki uśmiech zażenowania, z drugiej zwraca na siebie uwagę, której nie chce mu się odbierać. Fascynuje. Wciąga.

Dobrze, że wzięłam 100ml.
I kubek czarnej herbaty.

 

Nuty: karmel, prażone orzechy laskowe, lukrecja, gorzka pomarańcza, przyprawy, drewno wenge, wetiwer, drewno balsamiczne, kadzidło, suche trawy, żywice
Data powstania: 2006
Twórca: Pierre Guillaume.

 

Montale: Dark Purple vel Black Purple

Grudzień 15th, 2011

Jak już wydostanę się na powierzchnię morza róży i geranium, będzie wpis.

Wróciłam. Żyję.
Sama tak daleko bym nie wywędrowała – mimo że dobrze pływam, to na mroczne głębiny się nie wypuszczam. Ja zostałam w tę głęboką wodę brutalnie wrzucona.

Urody Dark Purple nie można odmówić. Ale, na co wskazuje konstrukcja poprzedniego zdania, nastąpi zaraz jedno „ale”.
Nie chodzi o tonę różanych płatków. Lubię różę w perfumach [szczególnie w wersji gęstej i stężonej] i doceniam różane kompozycje – po prostu ich nie mam w kolekcji ;] Jedynym wyjątkiem, który urzekł mnie bez granic, był Voleur de Roses, ale o tym kiedy indziej. Nie chodzi też o geranium, bo geranium w perfumach, czy w jakichkolwiek kosmetykach kocham miłością odwieczną. Połączony z różą daje niesamowity efekt kruchej, świeżej zieleni, subtelną nutkę chłodu, co przy topornych, orientalnych różach Montale jest prawdziwym wybawieniem. To wszystko jest i jest piękne.


I nic poza tym.

Śliwka? Ledwo. Śliweczka mała, zgrabna i niepotrzebnie docukrzona. Paczuli jak na lekarstwo. Na drzewo tekowe z miejsca proponuję ręką machnąć. Róża obezwładnia i zagłusza wszelkie nuty, które tak obiecująco prezentowały się w opisie. Ale niestety, róża tak ma. Love it or leave it.

 

Nuty:
głowy: [zachłanna, naprawdę?] śliwka, świeża pomarańcza
serca: płatki róż, geranium Bourbon, paczula, koktajl z czerwonych owoców
bazy: szara ambra, drewno tekowe, białe piżmo
Data powstania: 2011
Twórca: nie dokopałam się

Zdjęcie pochodzi ze strony www.layoutsparks.com

Histoires de Parfums: Petroleum

Grudzień 13th, 2011

Zadziwiają mnie odruchy bezwarunkowe. Niby jesteśmy „władcami” swoich ciał i umysłów, a jednak są rzeczy nad którymi nie panujemy. Przekonałam się o tym bardzo dobitnie ze dwa lata temu, wąchając po raz pierwszy [I OSTATNI] mieszankę Civette Givco, czyli syntetyczny cywet. Bogowie! Odrzuciło mnie, jakby ktoś szarpnął za ramiona, łzy stanęły w oczach, żołądek wykonał woltę i przerażony wtulił się w kręgosłup. Co wtedy zrobiłam? Tak, powąchałam go ponownie. Zero instynktu samozachowawczego albo którejś klepki, nie wiem, dość że sadomasochistycznie podstawiałam nos pod wylot fiolki, żeby znowu zzielenieć, odskoczyć i oswajać na nowo. Wyczuć cokolwiek innego niż odrażającą… odrażającość.
Nie wiem po kim to mam, nie mogę tego odchyłu zwalić na geny – rodzinę odrzuciło raz a porządnie.
I to nawet od czegoś znacznie mniej „hardcorowego”.


Przyznaję, początek może zabić. Wyrwać z butów. Skłonić do uścisku porcelany. Świdrująco-ozonowy oud, ostrzejszy niż w bondowych złotych perfumach [który to zapach uważałam za już skrajny], po prostu nie chce dać się lubić. Mdli, oblepia, powoli nasiąkając ropą naftową. Jest jak migrena – rozpoczyna się przeszywającym bólem, gładkim cięciem i wślizgnięciem szpikulca w czaszkę; i narasta, pulsuje, doprowadza do szaleństwa – by nagle i niezauważalnie – o ile jest możliwe przeoczenie czegoś tak paskudnego – po prostu ZNIKNĄĆ. W kompletnym szoku przyklejam nos do nadgarstka, by odkryć najpiękniejsze nuty na świecie: atramentu [któremu M/Mink nie dorasta do nakrętki!], idealnie morskiej ambry, starych zakurzonych książek [żegnaj, In The Library] i wyważonego w swojej zwięrzęco-pudrowości piżma. W życiu nie spodziewałabym się takiej dawki emocji po składzie tego zapachu.

 

Nuty:  bergamotka, aldehydy, róża, ambra, absolut cybetu, skóra, paczula, białe piżmo.
Data powstania: 2011
Twórca: Gerald Ghislain

-

Grudzień 9th, 2011

Miała być pierwsza recenzja, ale po przeczytaniu wiadomości o śmierci Mony di Orio, jakoś uszło ze mnie powietrze.
Oficjalna strona nie działa. Ciskam się po sieci z niedowierzaniem.

Talent, marzenia, strata.

 

trwają prace konserwatorskie, prosimy nie regulować odbiorników

Grudzień 9th, 2011

O zapachach zwykłam pisać na Wi. i Fragrantice, gdzie jedyne co mogło mnie spotkać to balonik w charakterze pochwały. Natomiast blogi… blogi są stresujące. Istnieje ryzyko, że w którymś komentarzu przeczytam „umrzyj”.
Been there, tried that. Na początku mam słowotok i często bredzę, bo i tak nikt tego przecież nie widzi. Potem się rozkręcam, trzaskam wpisy i ku mojemu [wiecznemu] zaskoczeniu, ktoś je lubi. I jest świetnie, ale rosnące zainteresowanie rodzi niepokój, że zaraz przestanie mi się chcieć albo spadnie poziom, o borze zielony, a może już spadł, tylko ludzie mnie czytają z przyzwyczajenia; albo już nawet nie czytają, tylko zapomnieli odsubskrybować?
W skrócie: tak, zawsze znajdę sobie powód do stresu i narzekania i nie, nigdy nie potrafię pisać na temat, bo miało być o blogu, skończyło się na mnie.

Blog o perfumach? I to niszowych, mon dieu, co za burżuizm!
Ano o perfumach. Niszowych. Taka karma. Jedni podniecają się torebkami Lułi Witą, inni porąbanymi zapachami. Deal with it.

A co by nie wyjść na kompletną sucz, chciałam napisać że bloga dostałam w prezencie urodzinowym [przemilczmy wartości liczbowe] od Magdy D., która jest kochana i która sprawiła mi mnóstwo radości ^^

Ciekawe, czy podołam…


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates